Farerczycy znów mają kłopoty z upłynnieniem swojego głównego produktu eksportowego - ryb. Jeszcze nie tak dawno, w połowie lat 90-tych, zaczęli wychodzić z kilkuletniej zapaści gospodarczej, wywołanej nadmiernymi inwestycjami w branżę przetwórstwa rybnego, przetrzebieniem własnej strefy ekonomicznej, załamaniem cen na rynkach światowych. Po tych gorzkich doświadczeniach wyspiarze postawili na szeroko zakrojoną hodowlę ryb szlachetnych - głównie łososi, rezygnując w części z tradycyjnego rybołówstwa. W zacisznych wodach fiordów powstało wiele farm rybnych, zaczęło nawet brakować rąk do pracy w przetwórniach. Łososie i trocie pojawiły się stołach w UE i USA, przysparzając Farerczykom niemałych dochodów.
W zeszłym roku i ta koncepcja rybołówstwa okazała ryzykowna. Pojawiły się zarzuty dotyczące nadmiernej zawartości szkodliwych substancji w mięsie ryb pochodzących z hodowli. Skutkiem był znaczny spadek popytu na hodowlane łososie dostarczane przez potentatów tego sektora: Norwegię, Szkocję i Wyspy Owcze. Tendencja ta utrzymuje się nadal, co doprowadziło do początku kryzysu w całej "rybnej" branży na Wyspach Owczych. Pojawiły się problemy z pracą w przetwórniach, co już odczuli Polacy przebywający tu na kontraktach. Do tego doszły niskie ceny na wiele innych gatunków "frutti di mare" i ryby pochodzące z połowów na otwartym oceanie.
Badania dowodzące obecności szkodliwych substancji w organizmach ryb hodowlanych przeprowadzili i nagłośnili Amerykanie. Stąd pojawiają się głosy, że za rzekomą troską o zdrowie ludzi kryje się brutalna walka o rynek. Amerykanie i Kanadyjczycy to liczący się gracze w połowach dzikiego łososia, więc podejrzenia nie są wyssane z palca...
Na zdjęciu: typowa farma łososi na Wyspach Owczych (fot. Marcin Jakubowski)
|